Przeczytaj fragment książki „Sokół spartański”

Prezentujemy fragment książki: „Sokół spartański”. Wydawcą pozycji jest Wydawnictwo REBIS.

W Babilonie szpaki rozdziawiały dzioby z gorąca, ukazując ciemne języki. Za rozległymi murami miasta słońce zadręczało tych, którzy pracowali na polach, przyginając im plecy mocno ku ziemi.

Skóra Wielkiego Króla, który szedł środkiem drogi, lśniła; jego syn nie potrafił odgadnąć, czy błyszczy od oliwy czy od potu. Błyszczała również czarna, kędzierzawa broda ojca, stanowiąca od zawsze jego integralną część, tak jak zapach róż albo długi, sztywny płaszcz.

W powietrzu, niczym groty włóczni na tle nieba, unosiła się woń rozgrzanych kamieni i cyprysów. Ulice w pobliżu były opustoszałe. Ani dziecko, ani staruszka, ani nawet kurczak nie miały prawa brukać ziemi, którą królewscy żołnierze oczyścili na okoliczność spaceru władcy. Cisza zaległa tak ciężką pokrywą, że chłopiec słyszał wyłącznie śpiew ptaków.

Ulicę Ningal wyłożono delikatnymi liśćmi drzew palmowych. Leżały na ziemi grubą warstwą i wciąż były zielone. Żaden niemiły zapach nie mógł zakłócić rozmowy ani myśli starszego mężczyzny w chwili, gdy będzie je przekazywał synowi. A chodziło mu o rzecz najważniejszą, o przetrwanie dynastii, słów króla nie mogły więc usłyszeć ani nałożnice, ani tym bardziej szpiedzy. Jego dowódcy uznali za królewski kaprys wysłanie ich na długo przed wschodem słońca, aby oczyścili dzielnice po obu stronach głównej drogi. Tymczasem dzisiejszych słów króla po prostu nikt nie miał prawa podsłuchać. Władca wiedział, że wielu ludzi na dworze chciałoby słyszeć każde wypowiedziane przez niego słowo. Wokół roiło się od małych satrapów, a jego sandały skruszyły korony zbyt wielu pomniejszych królestw. Dziewięćdziesięciu władców opłacało szpiegów, żeby go podsłuchiwali, a tysiąc dworzan w jego otoczeniu rozpychało się, aby uzyskać jak najlepszą pozycję. Prosta przyjemność samotnego spaceru z synem, dostępna każdemu pasterzowi, stała się dla niego luksusem równie wielkim jak rubiny, rzeczą równie cenną jak ciężkie złote monety z wizerunkiem króla Dariusza, zwane „łucznikami”, krążące po całym imperium.

Od początku spaceru chłopiec rzucał ukradkowe spojrzenia w kierunku ojca; uwielbiał go i ufał mu bezgranicznie. Młody Artakserkses starał się dopasować swoje tempo do tempa króla, chociaż oznaczało to, że aby za nim nadążyć, musi co jakiś czas stawiać dodatkowe pół kroku. Dariusz zdawał się tego nie widzieć, a przecież Artakserkses wiedział, że ojciec zwykle dostrzega wszystko, co dzieje się wokół niego. Sekret długiego panowania tkwił w jego mądrości. Gdyby chłopca zapytano o zdanie, powiedziałby, że jego ojciec nigdy dotąd w żadnej sprawie się nie pomylił.

Ferując wyroki, król decydował o losach najpotężniejszych panów w swoim królestwie, kształtował losy ludzi, których armie liczyły dziesiątki tysięcy żołnierzy i którzy władali krainami obfitującymi w nefryty oraz kość słoniową, rozpościerającymi się znacznie dalej, niż wynosi odległość do Księżyca. Dariusz słuchał i gładził dłonią brodę, a spojrzenia ludzi skupiały się na jego palcach. Tarł palcem wskazującym o kciuk albo wybierał winogrona ze złotej miski, którą trzymał niewolnik klęczący u jego stóp. I wkrótce dostrzegał sedno problemu, chociaż jego doradcy wciąż się wahali i kłócili. Artakserkses zazdrościł ojcu tej nadzwyczajnej przenikliwości, słuchał go więc i pilnie się uczył.

Miasto było tak spokojne, jakby dla zachowania tego spokoju tysiące żołnierzy trzymały noże przy gardłach wszystkich mieszkańców. Dowódcy króla wiedzieli, że właśnie na nich spadnie jego gniew, jeśli coś zakłóci absolutny spokój – a zatem ojciec i syn spacerowali, jakby byli jedynymi żywymi ludźmi na świecie. Na ziemię opadał kurz, obniżała się temperatura, a słońce powoli zbliżało się do linii horyzontu, wreszcie przynosząc ludziom ulgę po długim gorącym dniu.

– Babilon był kiedyś sercem imperium, wielkim sercem – powiedział Dariusz. Jego głos brzmiał łagodnie; był to bardziej głos nauczyciela niż wojownika.

Syn skierował ku ojcu rozpromieniony wzrok.

– Myślałem, że Persja jest większa – powiedział.

Ojciec uśmiechnął się, usłyszawszy dumę w głosie Arta­kserksesa.

– Oczywiście! Pod każdym względem. Persja jest dziesięć razy większa niż ambicje starego Babilonu. Granic mojego imperium człowiek nie jest w stanie obejść za życia. Nie obszedłby ich nawet wtedy, gdyby miał dwa albo trzy życia. A przecież tego wszystkiego mi nie podarowano, synu. Kiedy mojego ojca zabito, korona przypadła mojemu bratu. Włożył ją na głowę, zanim łzy wyschły na jego twarzy, i panował zaledwie miesiąc, po czym on również został zamordowany.

– A ty się zemściłeś na jego mordercy – dodał Arta­­kser­kses, chcąc przypochlebić się ojcu.

Król przystanął i uniósł twarz ku słońcu. Zamknął oczy, żeby łatwiej zobaczyć wspomnienia.

– Tak zrobiłem. Tego dnia, kiedy wstało słońce, było nas trzech braci. Wieczorem byłem już tylko ja. Sam, cały zbryzgany krwią, ale byłem królem.

Dariusz nabrał powietrza w płuca, przez co szwy jego jedwabnego płaszcza niebezpiecznie zatrzeszczały. Syn wyprostował się i spróbował go naśladować. Artakserkses nie wiedział, dlaczego ojciec zabrał go dzisiaj na ten spacer, nie wiedział też, dlaczego w zasięgu wzroku nie ma żadnego z jego sławnych strażników, Nieśmiertelnych. Mówiono, że ojciec nie ufa nikomu, a tymczasem wybrał się na tę przechadzkę samotnie, wyłącznie w towarzystwie swojego najstarszego syna i następcy. Fakt ten napełnił czternastoletniego Artakserksesa dumą i szczęściem.

– Król musi mieć więcej niż jednego syna – kontynuował ojciec. – Śmierć przychodzi bardzo szybko, bez ostrzeżenia, jak pustynny wiatr. Może nadejść z potknięciem konia albo z przypadkowym ciosem sztyletu. Może ją przynieść trucizna albo zdrada, zepsute mięsiwo, gorączka albo dżiny unoszące się w powietrzu. W takim świecie król, który ma tylko jednego syna, jest łakomym kąskiem zarówno dla bogów, jak i dla wrogów.

Dariusz znów ruszył, trzymając dłonie splecione za plecami; chłopak ponownie z trudem za nim nadążał. Dotrzymał mu jednak kroku i ojciec kontynuował:

– Ale jeśli pierwszy syn, ten najbardziej ukochany, zdoła dotrwać do wieku męskiego, sytuacja staje się zgoła inna. Jeśli wówczas ma braci, co było tak istotne w latach wcześniejszych, to oni są jedynymi istotami na świecie, które mogą mu wszystko odebrać.

– Cyrus? – zapytał nagle Artakserkses. Pomimo wielkiej rozwagi i uwielbienia, jakie żywił dla ojca, myśl, że jego młodszy braciszek mógłby kiedykolwiek stać się mu wrogiem, wywołała prawdziwe zdumienie. – Ojcze, Cyrus przenigdy by mnie nie skrzywdził.

Ojciec zatrzymał się w pół kroku. Poły jego płaszcza uniosły się niczym pancerz żuka gotowego do lotu.

– Jesteś moim synem i następcą. Jeśli stracisz życie, królem będzie Cyrus. To jest jego… cel. – Król przykląkł na kolano i ujął dłonie chłopca w swoje ręce. – Włożysz moją koronę, to ci obiecuję. Ale Cyrus… on jest urodzonym wojownikiem. Ma zaledwie trzynaście lat, a jeździ konno równie dobrze jak moi najlepsi strażnicy. Widziałeś, jak go traktują? Nie dalej jak miesiąc temu nosili go na ramionach wokół pałacowego dziedzińca, gdy trafił strzałą z łuku ptaka w locie. – Król wziął głęboki oddech. Bardzo chciał, żeby Arta­kserkses go zrozumiał. – Synu, kocham was obu, ale kiedy zlegnę na łożu śmierci, kiedy imperium będzie wyciszone i w żałobie, tego ostatniego dnia zawołam Cyrusa do siebie, a ty będziesz musiał go zabić. Dlatego że jeśli pozostanie żywy po mojej śmierci, z pewnością zabije ciebie.

Artakserkses ujrzał łzy lśniące w oczach ojca. Po raz pierwszy w życiu dostrzegł, że królem targają głębokie emocje, i to nim wstrząsnęło.

– Myślę, że się mylisz, ojcze, ale zapamiętam, co powiedziałeś.

Król powstał, a jego płaszcz zaszeleścił. Twarz Dariusza zaczerwieniła się, jednak trudno było powiedzieć, czy z gniewu, czy też z powodu jakiejś innej emocji.

– Zapamiętaj więc także moje następne słowa – kontynuował ponurym głosem. – Jeżeli wspomnisz o naszej rozmowie Cyrusowi, jeśli powiesz mu, o czym rozmawialiśmy tylko we dwóch, w gruncie rzeczy poderżniesz sobie gardło. Nie nastąpi to oczywiście ani dzisiaj, ani w tym roku. Wciąż będziecie się razem śmiać i bawić. Cyrus obieca ci lojalność i nie wątpię, że będzie to obietnica płynąca ze szczerego serca. Ale w końcu nadejdzie dzień, gdy się pokłócicie lub kiedy Cyrus pojmie, że nigdy nie zyska władzy, jakiej pragnie, i że jego rolą jest pozostanie aż do śmierci zwyczajnym księciem. Tego dnia przyjdzie do ciebie i zabierze należny ci tron. A jeśli tego dnia ja wciąż będę wśród żywych, jeśli później Cyrus przyjdzie do mnie, nawet jeśli będzie miał twoją krew na rękach… nawet wówczas, nie mając innego syna, uściskam go serdecznie. Rozumiesz, Artakserksesie?

– Tak – odparł królewski syn, jednak wzbierała w nim złość. – Skoro jednak tak go podziwiasz, ojcze, dlaczego po prostu nie zabijesz mnie tutaj, na tej ulicy, i nie pozwolisz Cyrusowi zasiąść na tronie? – Zanim ojciec zdążył odpowiedzieć, Artakserkses kontynuował: – Ponieważ nie masz już więcej synów i na niebezpieczeństwo wystawiłbyś sukcesję. Naprawdę jesteś aż tak zimnym człowiekiem? Nie ma dla ciebie znaczenia, który z nas zostanie królem?

– Gdyby to nie miało dla mnie znaczenia, nie opróżniłbym połowy miasta, żeby z tobą pospacerować i odbyć rozmowę w cztery oczy. Czy mógłbym ją przeprowadzić z Cyrusem? To ty byłeś najbardziej oczekiwanym dzieckiem, dzielny chłopaku. Nie mam wątpliwości, że jesteś inteligentny i mądry, Artakserksesie. W twoich żyłach płynie moja krew i będziesz wielkim królem. – Dariusz dotknął dłonią policzka syna. – Widziałem rozpacz mojego ojca, kiedy wrócił do domu z Grecji. Król Kserkses pobił Spartan pod Termopilami, lecz jego armie zostały otoczone pod Platejami. Zostały rozbite, podobnie jak wojska jego ojca pod Maratonem dziesięć lat wcześniej. Nigdy więcej! Przysiągłem to sobie, kiedy zostałem królem. Zostawiliśmy już w Grecji dosyć krwi, wystarczy na tysiąc lat. Zamiast wojny szukałem w czasie moich rządów pokoju, chciałem, abyśmy żyli wśród pięknych ogrodów, raczyli się winem, mieli mnóstwo złota i rozwijali wiedzę. Dzisiaj uważamy za zwyczajne rzeczy, które jeszcze niedawno określano by mianem czarnej magii. Z tobą na czele zajdziemy jeszcze dalej: powstanie największe imperium, jakie widział świat. Jeśli to ty będziesz królem. Bo jeśli bogowie dadzą tron Cyrusowi, mój młodszy syn znów wywoła wojnę, nie mam żadnych wątpliwości. Cyrus jest zbyt podobny do mojego ojca i zbyt podobny do swojego ojca.

– Przecież i ja potrafię walczyć, doskonale to wiesz – powiedział urażony Artakserkses. – Wiem, że nie uważasz mnie za wojownika, ale ja naprawdę nim jestem.

Król roześmiał się i poklepał syna po plecach. Zanadto go kochał, żeby go teraz dotknąć zaprzeczeniem.

– Oczywiście. Przecież walczyć potrafi strażnik każdego lichwiarza. Jesteś księciem, Artakserksesie! Będziesz królem. Potrzebujesz zatem czegoś więcej niż szybkiego uśmiechu i jeszcze szybszego miecza. Potrzebujesz siły innego rodzaju. Zacznij ją dzisiaj zdobywać. Już nie jesteś na to za młody. – Król omiótł wzrokiem pustą ulicę. W żadnym oknie nie było widać twarzy. – Pamiętaj. W dniu, w którym zostaniesz królem, będziesz musiał to wszystko przerwać. Do tego czasu chłoń wiedzę, jaką ci przekazują nauczyciele, ujeżdżaj konie, ciesz się rozkoszami, jakie dają kobiety, chłopcy i czerwone wino. Nikomu nie wspominaj o dzisiejszej rozmowie. Rozumiesz mnie?

– Rozumiem, ojcze – odparł Artakserkses.

Poważny wyraz jego twarzy wywołał uśmiech króla. Dariusz w jednej chwili się zmienił, wyciągnął rękę i zmierzwił synowi włosy.

– To wielkie szczęście, że bogowie dali mi właśnie ciebie.

Część pierwsza
Góra wznosiła się wysoko nad miastem niczym matka trzymająca dziecko na kolanach. Przed wejściem na stopnie, które wiodły na wielki płaskowyż, Cyrus postanowił poprowadzić całą swoją osobistą straż nad rzekę. Spartanie pozostawili zbroje i broń na brzegu i wbiegli do wody, radośnie zmywając z siebie kurz i pot czterystumilowego marszu.

Z wysokości swojego wierzchowca książę uśmiechał się, patrząc, jak jego ludzie wesoło pluskają się w wodzie, jak rozczesują palcami zlepione włosy i brody. Marsz na wschód sprawił, że żołnierze wychudli jak psy myśliwskie, że pociemniały ich ciała, a twarde mięśnie jeszcze wyraźniej niż dotąd prężyły się pod skórą. Nie stracili ducha, nie zawiedli, chociaż część z nich okupiła tę podróż krwią.

– Panie, nie zmienisz już swojej decyzji? – zapytał cichym głosem Tissafernes.

Cyrus zerknął z ukosa na starego przyjaciela i nauczyciela. Kasztanowy wałach Tissafernesa parskał i potrząsał głową. Był to wierzchowiec o rodowodzie niemającym sobie równych w Persji. Książę skierował wzrok na Spartan. Nagle spoważniał.

– Uważasz, że sam powinienem ruszyć po tych stopniach? – rzucił w odpowiedzi. – Mam wrócić do domu jak żebrak? Kim jestem, jeśli nie synem swojego ojca i księciem? Ci ludzie to moja straż i są najlepsi.

Tissafernes skrzywił się, jakby bolał go ząb. Książę Cyrus skończył niedawno dwadzieścia lat i nie był już młody i głupiutki. Nauczyciel dobitnie przedstawiał mu swoje zastrzeżenia, a przecież w końcu dotarli na brzeg rzeki Pulwar i teraz Spartanie pławili się w jej wodach jak konie, rozbryzgując dookoła wielkie krople. Książę przyprowadził starego wroga niemal do centrum Persji. Tissafernes marszczył czoło na tę myśl. Widywał grec­kie mapy świata, których autorzy niewiele wiedzieli o wielkim imperium rozpościerającym się na wschodzie. Nie miał ochoty pomagać Spartanom w odkryciu, gdzie znajduje się Persepolis, a tym bardziej groby królewskie, umiejscowione wzdłuż rzeki zaledwie pół dnia marszu stąd.

– Ktoś mógłby odebrać jako zniewagę, Wasza Wysokość, przyprowadzenie tutaj ludzi, którzy zmagali się z twoimi przodkami i odparli ich na lądzie i na morzu. Spartanie! Tutaj, w sercu świata! Gdyby twój ojciec był młodszy i miał się dobrze…

– Toby mi pogratulował, Tissafernesie – burknął Cyrus zmęczonym głosem. – Ci ludzie trwali przy moim boku. Nie zawodzili ani nie prosili o odpoczynek. Są wobec mnie lojalni.

– Są lojalni wobec złota i srebra – mruknął Tissafernes niemal bezgłośnie.

Cyrus zacisnął szczęki tak mocno, że na jego twarzy wystąpiły twarde mięśnie.

– Oni niczego nie mają. Nawet broń, którą się posługują, trafiła do nich z rąk ich ojców i stryjów albo otrzymali ją w uznaniu za dzielność. Dość tego. Nie chcę już nic słyszeć, stary lwie.

Tissafernes przyjął naganę i skłonił głowę.

Grecy szybko się wypluskali i wyszli na brzeg, aby schnąć w wieczornym słońcu. Miejscowe praczki zaczęły popiskiwać i podśmiewać się na widok tak wielu nagich mężczyzn. Kilku wojowników uśmiechnęło się do nich, inni jednak zaczęli rozgrzewać się ćwiczeniami gimnastycznymi. Nie byli to mężczyźni stworzeni do wesołego śmiechu, zabawy i swobodnych rozmów.

Zirytowany towarzystwem Tissafernesa Cyrus nagle zeskoczył z wierzchowca, po czym bardzo oszczędnymi ruchami zdjął hełm, tunikę, sandały, spodnie, pelerynę i zbroję. Nie krępowała go nagość i wbiegł do wody, skinąwszy jedynie dowódcy Spartan, Anaksisowi, który stał na brzegu i obserwował okolicę.

Praczki zamilkły na widok młodego człowieka, który nosił brodę ufryzowaną jak u Persa, a na brzegu pozostawił hełm ze złotymi piórami. Chociaż nie znały jego nazwiska, nie ośmielały się go nawoływać. Cyrus powoli się obmył, jakby odbywał jakiś rytuał, jakby jego kąpiel miała na celu coś więcej niż tylko pozbycie się potu i zapachu konia. Spartanie na brzegu milczeli, okazując mu szacunek. W końcu książę wrócił do domu, żeby opłakiwać ojca.

Wiadomość dotarła do Cyrusa przed czternastoma dniami i książę zmusił Spartan do niemal nadludzkiego wysiłku, aby dotrzeć tutaj na czas. Książę zmieniał konie w królewskich zajazdach przy wspaniałej Drodze Królewskiej lub przemierzał kraj, przecinając pola uprawne, na których rosły pszenica i jęczmień, a oni dotrzymywali mu kroku, trwając przy nim dzień po dniu, jakby nie wymagało to od nich żadnego wysiłku. Byli nadzwyczajni, a on był dumny z ich czerwonych płaszczy i z reakcji mijanych ludzi, gdy odkrywali, kim są konni. Ich zasłużona reputacja znów szerzyła się w całym kraju.

W tym miejscu, w przyjemny chłodny wieczór ponury dotąd Cyrus odzyskał wigor. Persepolis wydawało się przygaszone, nie było jednak widać publicznych oznak żałoby. Ulic nie wypełniali żołnierze, nie udekorowano ich żałobnym suknem, w wielu miejscach w donicach płonęło drewno sandałowe. Jednak dopóki nie przejechał przez bramę wiodącą z płaskowyżu do miasta, nie mógł być pewien, że jego ojciec wciąż żyje. Myśląc o nim, spojrzał na górę, której kształt nadawali jego ojciec i dziadek, i przesunął wzrok aż ku imperialnej równinie, z dużej odległości wydającej się zaledwie linią szarości i zieleni. Nad jego głową w ciepłym powietrzu krążyły dzikie sokoły wypatrujące tłustych gołębi i drzew owocowych. Ten królewski taras zabudowany był pałacami, koszarami i bibliotekami. Pawilon ojca stał w środku bujnego ogrodu, który nazywano „rajem” i który w istocie był tajnym zielonym sercem imperium.

Brzegów rzeki kurczowo trzymały się niskie krzewy, a ich korzenie mocno wgryzały się w miękką ziemię. Winorośl przeplatały białe kwiaty jaśminu, wypełniając powietrze miłym zapachem. Książę głęboko odetchnął, stojąc po pas w wodzie z zamkniętymi oczyma. Był w domu.

Spartanie szybko wyschli, włożyli czerwone płaszcze i jeszcze tylko rozczesywali palcami włosy, wciąż wilgotne, chociaż padały na nie promienie słońca. Książę odświeżył się i starannie, bez pośpiechu się ubrał. Na tunikę włożył zbroję i płaszcz, ale do nóg przymocował także brązowe spartańskie nagolenice, idealnie dopasowane, dzięki czemu jego mięśnie i rzepki kolanowe poruszały się swobodnie pod lśniącym metalem. Nagolenice bardziej przydawały się żołnierzom stającym przed przeciwnikiem z tarczami niż jeźdźcom, jednak nosząc je, Cyrus po prostu oddawał honory swoim ludziom. Tissafernes uważał takie zachowanie za obcą sobie afektację i, oczywiście, ani myślał go naśladować.

Gdyby młody książę nie wracał do domu, by stanąć przy łożu śmierci ojca, zapewne byłby zaskoczony, widząc, w jaki sposób mieszkańcy miasta spoglądają na obcych. Handlarze z rynku owocowego odchodzili od swoich straganów, a opłacani przez nich ochroniarze rzucali w kierunku przyjezdnych gniewne spojrzenia. Grecy w czerwonych płaszczach byli sławni nawet tutaj, mimo że pomiędzy Persepolis a doliną Euro­tasu rozciągały się obszary zamieszkane przez różne ludy i szerokie otwarte morze – była to odległość trzech miesięcy marszu i całego świata. Oprócz legendarnych płaszczy Spartanie nosili także brązowe nagolenice okrywające ich nogi od kostek po kolana. Byli gotowi do wojny, nawet eskortując księcia do domu.

Zanim wbiegli do wody, złożyli tarcze w uporządkowane, ale niestrzeżone sterty, jakby nie potrafili sobie wyobrazić, że ktokolwiek mógłby ich okraść. Na wewnętrznej stronie każdej tarczy wypisane było imię właściciela, a pojedyncza litera wskazywała wrogowi położenie Sparty w Grecji – była to lambda, pierwsza litera nazwy regionu, Lakedajmon. Każda tarcza była starannie wypolerowana, a właściciele dbali o nie jak o ukochane kobiety.

Wskakując na konia, Cyrus zadał sobie pytanie, czy którykolwiek z obserwujących ich ludzi pozna kiedyś Spartę tak jak on. Dla matek pokazujących dzieciom obcych wojowników byli oni tymi, którzy wiele razy upokorzyli perskich Nieśmiertelnych, okrywając się legendą. Ci Grecy rozbili armię Dariusza pod Maratonem. To Spartanie poprowadzili żołnierzy grec­kich przeciwko królowi Kserksesowi pod Termopilami, pod Platejami i pod Mykale. Persja podbiła niemal trzydzieści ludów, nie zdołała jednak pokonać Grecji – ani wojowników, którzy nosili czerwone płaszcze.

Te mroczne dni należały już do przeszłości, jednak pamięć o nich żyła długo. Cyrus nie patrzył, jak jego ludzie formują doskonały dwuszereg, gotowi wykonywać jego rozkazy. Spartanie w końcu sami pokonali Ateny i objęli rządy nad całą Grecją, ale walczyli dla niego, ponieważ im płacił i ponieważ rozumiał ich poczucie honoru. Jego srebro i złoto wędrowało do ich kraju i służyło do budowy świątyń, koszar i produkcji broni. Niczego nie zatrzymywali dla siebie, a Cyrus uwielbiał ich jak nikogo innego – poza ojcem i bratem.

– Chodź, stary lwie – powiedział do Tissafernesa. – Już i tak jestem spóźniony. Nie mogę upadać na duchu, ale wciąż trudno mi uwierzyć, że to wszystko nie jest pomyłką. Mój ojciec jest zbyt silnym mężczyzną, by umierać, prawda? – Uśmiechnął się, chociaż jego ból był oczywisty.

W odpowiedzi Tissafernes wyciągnął rękę i uścisnął jego ramię, chcąc chociaż w taki sposób wesprzeć młodego człowieka.

– Byłem sługą twojego ojca już trzydzieści lat temu, nim się urodziłeś. Miał wtedy w swych rękach cały świat. Ale nawet królowie nie żyją na tym świecie bez końca. Każdy z nas spotyka swój kres, chociaż twoi przyjaciele filozofowie pewnie by się ze mną w tej sprawie nie zgodzili.

– Szkoda, że nigdy nie nauczysz się grec­kiego na tyle dobrze, żeby zrozumieć Greków.

Tissafernes prychnął pogardliwie.

– To język pastuchów. Co mnie obchodzi język niewolników? Jestem Persem.

Spartanie słyszeli jego słowa, a jednak nie dali tego po sobie poznać. Cyrus popatrzył na Anaksisa. Biegły w obu językach słyszał i rozumiał każde słowo, niemniej już dawno uznał Tissafernesa za gadatliwego Persa, którego nie trzeba brać poważnie. Przez krótką chwilę jego spojrzenie spotkało się ze spojrzeniem Cyrusa i Spartanin mrugnął do niego.

Tissafernes dostrzegł, że twarz księcia się rozpogadza, i obrócił się w siodle, chcąc się zorientować, co tak odmieniło jego nastrój. Zobaczył tylko, że Spartanie znów są gotowi do marszu, i pokręcił głową, pomrukując coś pod nosem na temat wieśniaków i obcokrajowców.

Na czas długich marszów Spartanie przewieszali tarcze przez plecy. Ponieważ nic im teraz nie groziło, Cyrus zarządził przemarsz paradny. Przechodząc przez jedną z trzech stolic imperium perskiego, każdy z nich miał nieść w lewej ręce tarczę ze złoconego brązu i drewna, a w prawej długą włócznię. Do bioder mieli przypasane krótkie miecze, a zatknięte za pasami na plecach nosili w gotowości osławione kopisy. Te ciężkie noże o wygiętych ostrzach wzbudzały powszechny strach, a wrogowie uważali je za broń nazbyt okrutną i niegodną żołnierzy. Spartanie jedynie śmiali się z takich narzekań.

Hełmy z brązu osłaniały ich brody oraz grube warkocze, który opadały im aż na ramiona. Hełmy kryły zarówno ich rozgniewane miny, jak i strach, nadając im aurę wojowników zimnych i twardych niczym posągi. Byli straszni między innymi dlatego, że rysy ich twarzy zawsze kryły się w cieniu. Sława była atutem, lecz respekt wzbudzał także fakt, że każdy ze Spartan posługiwał się bronią i tarczą odziedziczoną po ojcu i dziadku.

Pozostawiwszy za sobą rzekę, Cyrus i Tissafernes powoli przemierzali ulicę na wierzchowcach, a tłum rozstępował się przed nimi. Panowała absolutna cisza – nie zakłócali jej ani mieszkańcy, ani mężczyźni, którzy właśnie tutaj dotarli.

– Wciąż uważam, że powinieneś pozostawić najemników za sobą, Wasza Wysokość – mruknął Tissafernes. – Co powie twój brat, kiedy zobaczy, że stawiasz Greków ponad Persami?

– Jestem księciem i dowódcą armii mojego ojca. Jeżeli mój brat w ogóle się odezwie, powie, że moja godność przynosi zaszczyt naszemu domowi. Spartanie są najlepsi na świecie. Któż inny potrafiłby dotrzymać mi kroku przez ostatnie tygodnie? Widzisz tu może Nieśmiertelnych? Moich służących? Jeden z moich niewolników zmarł po drodze, gdy próbował wytrwać przy mnie. Pozostali odpadli już na samym początku. Ci ludzie, Spartanie, zasłużyli sobie na miejsce przy moim boku, po prostu przy mnie trwając.

Tissafernes skłonił głowę jakby w geście zgody, ale tak naprawdę był zły. Cyrus traktował Spartan jak normalnych ludzi, a niej jak wściekłe psy, którymi byli w rzeczywistości. Perski pan, nie odwracając głowy, wiedział, że część z nich obserwuje go w marszu. Nie ufali nikomu, kto znajdował się w pobliżu ich pana, jak pospolite kundle. Tissafernes wiedział jednak, że to nie potrwa już długo. Dwaj Persowie na koniach wiedli Spartan pod górę, drogą wiodącą ku wielkim schodom, które zaprowadzą ich jeszcze wyżej, na płaskowyż, gdzie rezydował król Persji.

* * *

Wielkie schody były szerokie i płytkie, aby wracając z polowania, król mógł je pokonywać wierzchem. Cyrus i Tissafernes jechali konno na czele, a Spartanie podążali za nimi w zwartych szeregach. Zbliżając się do wąskiej bramy w zewnętrznym murze, Cyrus czuł na sobie spojrzenia Nieśmiertelnych swojego ojca. Ojciec przeznaczył skarby wielu ludów na przygotowanie tego płaskowyżu, zarówno pogłębiając jego obszar kosztem góry, jak i wyposażając swoją rezydencję w najbardziej wymyślne luksusy. Był to ogród imperium, a zarazem forteca strzeżona bezustannie przez dwa tysiące ludzi.

Ostatni stopień kamiennych schodów znajdował się przy samych drzwiach, potencjalny przeciwnik nie mógł się więc tutaj zgromadzić do ataku w licznej grupie. Cyrus poczuł, że zmienia się światło, gdy perscy oficerowie zasłonili go przed promieniami słońca, wpatrując się w jego zastęp – a w szczególności w Spartan znajdujących się na stopniach za jego plecami. Każdy dzierżył po cztery sztuki uzbrojenia. Twarz Cyrusa nie wyrażała żadnych emocji, kiedy skierował spojrzenie ku górze, na mury oświetlone złotymi promieniami zachodzącego słońca.

– Jestem książę Cyrus, syn króla Dariusza, brat księcia Artakserksesa, dowódca perskich armii. W imię mojego ojca, otwórz drzwi, abym mógł go zobaczyć.

Musiał czekać odrobinę dłużej, niż się spodziewał, i jego twarz zaczęła się czerwienić. Złość przygasła jednak, kiedy usłyszał szczęk łańcuchów i zgrzyt odsuwanych rygli bramy, która powoli się otworzyła, ukazując długi i wąski dziedziniec. Cyrus przełknął ślinę, zdeterminowany, aby w tej chwili nie okazać strachu. W identycznym zamiarze trwali Spartanie.

Nie zsiadając z wierzchowców, Cyrus i Tissafernes ruszyli w blasku słońca przez dziedziniec. Jego promienie były już łagodne o tej porze; zbliżał się ciepły letni wieczór. Cyrus zdawał sobie sprawę, że wreszcie wrócił do domu, że powinien się odprężyć i wyczekiwać spotkania z ojcem. Na razie nie był jednak pewien, jak stary człowiek zareaguje na jego widok, nie był też pewien własnej reakcji na widok wielkiego króla. Chociaż był świadomy, że szybko i nieuchronnie zbliża się dzień, kiedy utraci ojca, nie wiedział, jak się zachowa przy jego łożu śmierci. Kiedy przyjdzie na niego czas, nawet siła wszystkich armii tego świata nie zatrzyma go przecież na świecie ani przez jeden dzień dłużej. I to nie świadomość, że znalazł się w miejscu, w którym ludzie przybywający do pałacu są całkowicie bezbronni, lecz bezradność w obliczu śmierci króla sprawiła, że Cyrus zadrżał.

Obronę płaskowyżu zapewniali nie tylko żołnierze strzegący murów zewnętrznych, ale także wąskie przejścia, przez które napastnicy musieliby przebrnąć. Gdyby w jakiś sposób pokonali kamienne schody i sforsowali bramę, musieliby z kolei zmierzyć się z tym, że dwie strony fortecy były od siebie odseparowane. Siły wroga nie miały szansy się połączyć, dopóki nie przebyłyby okolonych wysokimi murami dwóch wąskich dziedzińców pod gołym niebem.

Cyrus i Tissafernes bez wahania zmierzali w głąb dziedzińca. Spartanie podążali za nimi w absolutnym porządku, w szyku, na który składało się pięćdziesiąt sześcioosobowych szeregów. Kiedy przystanęli przed kolejnymi, większymi drzwiami, oparli końce włóczni o ziemię.

Za ich plecami zatrzaśnięto i zaryglowano zewnętrzną bramę. Niejeden Spartanin zmarszczył czoło, gdy zrozumiał, że cały oddział znajduje się teraz w miejscu, w którym nie ma żadnych możliwości manewru. Dziedziniec otaczały kamienne półki na wysokości dwóch wyprostowanych mężczyzn od gruntu. Ich przeznaczenie nie było oczywiste. Dowódca Spartan, Anaksis, zacisnął dłoń na włóczni. Czuł na sobie wrogie spojrzenia perskich strażników, bardziej przywykłych do dumnego prezentowania się w wypolerowanych zbrojach niż do prawdziwej walki.

Na czele orszaku Cyrus i Tissafernes popatrzyli po sobie i zeskoczyli z koni. Anaksis próbował nie wyciągać głowy, aby zobaczyć, kto wyszedł na ich powitanie, mimo że rozmówców zasłaniały wierzchowce. Nie podobała mu się ta sytuacja. Jego obowiązkiem było chronienie Cyrusa i zapewne też tego starszego grubasa. Nie otrzymał jednak rozkazów, aby zachować czujność, książę nie ostrzegł go przed możliwym zagrożeniem. Anaksis doskonale wiedział, że znajduje się w cytadeli należącej do odwiecznego wroga, ale był też osobistym strażnikiem jednego z książąt wrogiego ludu, człowieka, którego mimo wszystko podziwiał za uczciwość i bezpretensjonalność. Książę, chociaż Pers, był godny szacunku. Nie okazywał strachu, a jego jedyną troską była obawa o życie ojca. A jednak Anaksis zaczął się rozglądać po kamiennych półkach przypominających długie ławy teatru w Atenach. Wiedział, że Persowie są całkiem dobrymi łucznikami. Spartanom nie podobało się więc, że właśnie w takim miejscu mogą być przez nich okrążeni.

Żadnej z tych myśli nie można było wyczytać z jego twarzy, który pozostawała ukryta w cieniu hełmu. Anaksis stał nieruchomo jak posąg z brązu, podczas gdy Cyrus i Tissafernes rozmawiali z kimś przyciszonymi głosami. Ale ucieszył się, kiedy jeden z wierzchowców nieznacznie się przesunął, pozwalając mu dostrzec księcia.

Cyrus odwrócił się do Spartan. Jego twarz była skupiona i poważna.

– Mój brat wydał rozkaz, żebym wszedł do ogrodów królewskich bez straży – powiedział.

Jeszcze przez chwilę patrzył na towarzyszy, jakby chciał coś dodać, ale w końcu tylko potrząsnął nieznacznie głową. Gest ten był prawie niewidoczny, a jednak serce Anaksisa zabiło szybciej.

– Może twój brat jednak pozwoli, żebym ci towarzyszył – zaproponował.

Cyrus uśmiechnął się do niego.

– Przyjacielu, jeżeli za tą bramą czai się zdrada, jeden człowiek niczego nie zmieni.

– Ja zmienię – powiedział Anaksis poważnym głosem.

– Zapewne jest to prawda, muszę jednak wierzyć w honor mojego brata. Jest następcą tronu, a ja nie dałem mu żadnego powodu do niegodnego traktowania.

– A zatem poczekamy tu na twój powrót – postanowił Anaksis i przyklęknął na jedno kolano. Słowa te wypowiedział takim tonem, jakim wypowiada się rotę przysięgi, tak że Cyrus skłonił głowę i dopiero po chwili nakazał mu powstać.

– Dziękuję ci. Twoja służba to dla mnie zaszczyt.

Cyrus odwrócił się i zauważył, że Tissafernes obserwuje tę scenę z krzywą miną. Gestem wskazał księciu bramę, która prowadziła w głąb królewskiego płaskowyżu. Za długim dziedzińcem rozpoczynały się pierwsze ogrody, założone na ziemi zwiezionej tu z pól i pielęgnowane przez tysiące niewolników. Rosły tam drzewa wyznaczające zacienione aleje, a wśród ich gałęzi biegały wesoło małpki ścigające ptaki. W powietrzu unosił się ciężki zapach zielonych konarów i jaśminu.

Cyrus zignorował drobnej budowy majordomusa, który wyszedł mu na powitanie, nie do końca pewny, czy status tego człowieka jest dla niego zniewagą czy nie. Brata, Artakserksesa, mimo wszystko powinien zobaczyć dopiero przy boku ojca. Dlatego fakt, że eskortować go przez ogrody miał któryś spośród służących, nie musiał dowodzić absolutnie niczego.

Tissafernes zdawał się nie kłopotać podobnymi wątpliwościami w czasie wędrówki przez ogród. Głęboko wdychał zapachy, które doskonale znał. Szedł sztywno wyprostowany, przez co można było odnieść wrażenie, że wszedłszy do ogrodu, jakby urósł. Znał Cyrusa przez większość swego życia i przez znaczną jego część był mentorem oraz przyjacielem księcia. A jednak ich spojrzenia na świat były skrajnie odmienne. Cyrus uwielbiał ludzi, trudno to było opisać inaczej. Ludzie byli jego pasją i kolekcjonował przyjaciół z takim entuzjazmem i energią, z jakimi inni dorabiają się majątku. Z kolei Tissafernes z trudem ukrywał pogardę dla tłumów i spoconych żołnierzy.

Szli ponad godzinę ścieżkami tak zawiłymi, że ktoś obcy zagubiłby się już z dziesięć razy. Cyrus znał je wszystkie z dzieciństwa i szedł za majordomusem, niewiele się rozglądając. Pawilon ojca stał na odległym krańcu płaskowyżu, otoczony przez służących i niewolników czekających chwili, w której król wyda ostatnie tchnienie. Cyrus poczuł, że ściska mu się gardło, gdy usłyszał zawodzenia jego kobiet.

Dodaj artykuł do:
(dodano 26.07.20, autor: blackrose)
Dział literatura
Tagi: fragment książki, Sokół spartański, Wydawnictwo REBIS
KOMENTARZE:
Aby dodać komentarz musisz się zalogować
Logowanie
Po zalogowaniu będziesz mieć możliwośc dodawania swojej twórczości, newsów, recenzji, ogłoszeń, brać udział w konkursach, głosować, zbierać punkty... Zapraszamy!
REKLAMA
POLECAMY

NEWSLETTER

Pomóż nam rozwijać IRKĘ i zaprenumeruj nieinwazyjny (wysyłany raz w miesiącu) i bezpłatny e-magazyn.

Jeśli chcesz otrzymywać newsletter, zarejestruj się w IRCE i zaznacz opcję "Chcę otrzymywać newsletter" lub wyślij maila o temacie "NEWSLETTER" na adres: irka(at)irka.com.pl

RECENZJE OSTATNIO DODANE
OGŁOSZENIA OSTATNIO DODANE
REKOMENDOWANE PREMIERY
1
Marilyn Manson
2
Mikromusic
3
Krzysztof Zalewski
4
Cleo
5
Cerekwicka Kasia
6
Hurts
7
Czesław Śpiewa
8
Happysad
9
Norah Jones
10
Madelkeine Peyroux
1
Lech Majewski
2
Diao Yinan
3
Kōji Fukada
4
Florian Henckel von Donnersmarck
5
Daniel Cohen
6
Jan Holoubek
7
Wang Xiaoshuai
8
Stéphane Haskell
9
Maria Sødahl
10
Marek Lechki
1
Falcones Ildefonso
2
Jodko-Kula Elżbieta
3
Lackberg Camilla
4
Niemczynow Anna H.
5
Minier Bernard
6
Sykes Sam
7
Stelar Marek
8
Tolkien John Ronald Reuel
9
Babina Natałka
10
Borkowski Przemysław
1
reż. Mariusz Treliński
2
Beth Henley / reż. Jarosław Tumidajski
3
Gabriela Zapolska
4
Marta Abramowicz / reż. Daria Kopiec
5
Opera Krakowska w Krakowie
6
Rodion Szczedrin
7
Jarosław Murawski
8
Michaił Bułhakow
9
Dale Wasserman
10
Michaił Durnienkow
REKLAMA
ZALINKUJ NAS
Wszelkie prawa zastrzeżone ©, irka.com.pl
grafika: irka.com.pl serwis wykonany przez Jassmedia